Ostrowskie media obiega właśnie list. Podpisany przez pracowników Urzędu Beaty Klimek i zapewne przez nią podyktowany. Podobnie jak poprzedni (o „mobbingu”) anonimowy. Ciekawe, swoją drogą, jaka atmosfera musi w gmachu na Powstańców panować, że nikt nie chce dać swojego nazwiska pod taką elukubracją.
Sam list jest tyleż długi co enigmatyczny. Nie ma w nim ani słowa o kwotach, konkretach, obniżkach czy podwyżkach. Pół zdania nawet nie ma też oczywiście też o faraońskich odprawach, ekwiwalentach urlopowych czy obsypywanych nagrodami i dodatkami pracowników prezydenckiej kancelarii. Są za to obficie cytowane zarobki radnych (z oświadczeń majątkowych).
Ciekawe zdania kończą ową epistołę. Otóż, proszę państwa. W połowie trzeciej kadencji Beaty Klimek wciąż są w Urzędzie (nagradzanym Perłami, Diamentami i innymi kamieniami u szyi) pracownicy, którzy nie są w stanie utrzymać rodzin z pracy dla Beaty Klimek.
Oto szczegółowy cytat:
Większość pracowników Urzędu Miejskiego nie może pozwolić sobie na komfort utrzymania rodziny wyłącznie z urzędniczej pensji. Wielu z nas, aby godnie żyć, podejmuje dodatkową pracę po godzinach lub wykorzystuje urlop w celach podjęcia pracy zarobkowej za granicą. Wynagrodzenia pracowników samorządowych, wbrew narracji pojawiającej się w niektórych wypowiedziach radnych, w zdecydowanej większości nie należą do wysokich.
To, że w Urzędzie mamy etaty „dwóch prędkości” nie jest jakimś przełomowym odkryciem. List ma imitować głos tych pomijanych w dodatkach, odprawach, ekwiwalentach. Słabo się to udało.



